Kiedy zabijamy w dziecku dziecko…?

Lut 28

Kilka sytuacji podczas mojej aktualnej pracy…

  1. Wycieram stoły na mokro. Podchodzi dzieciaczek i pyta, czy może mi trzymać miskę z wodą, w której płukam ściereczkę. Mówię, że nie ma takiej potrzeby, bo mój mózg już produkuje obrazy, w których miska z wodą ląduje na podłodze… Ale młody nie odpuszcza. W końcu to ja odpuszczam i pozwalam mu iść za mną z tą miską. Wszystko jest dobrze do momentu, w którym dzieciaczek nie wylewa połowy zawartości miski na stoły, krzesła i… siebie. Oczywiście „niechcący”… Potrafię to „niechcący” zrozumieć, bo przecież sama byłam dzieckiem i często mi się coś działo „niechcący” 😀
    Sprzątamy szybko i już bez pomocy, sama trzymając sobie miskę 😀 wycieram stoły dalej. Ale… młody krok w krok za mną – że już teraz będzie uważał, że teraz mu się na pewno uda itp. Aż w końcu znów mięknę i pozwalam mu wytrzeć samodzielnie ostatnie kilka stolików. Prędzej dokładnie pokazuje co i jak ma zrobić. Kiwa, że rozumie. Wcale mnie to nie uspokaja, ale zostawiam go wierząc, że sobie poradzi i idę do kuchni.

    Po kilku minutach chłopiec wraca do kuchni z miską, w której w moim odczuciu jest zdecydowanie za mało wody. Patrzę na niego, po czym wychylam się by „rzucić okiem” na stoły. Patrzę i już wiem. Mokro! Pytam, czy przypadkiem znów mu się woda nie wylała (tak wiem, to było głupie pytanie, ale na mądrzejsze już mnie nie było stać 😛 ). Na co pokornie kiwa głową i mówi „ale już posprzątałem”. „Serio?” – myślę sobie i patrzę na to „jezioro” pod stołami… 

  1. Robimy kisiel. Oczywiście maluchy chciałyby robić wszystko. Ostatecznie udaje mi się wyperswadować im z głowy nalewanie wrzątku do szklanek. Ta kwestia należy do mnie. Ich zadanie polega na otworzeniu kisielu, wsypanie go do szklanki i wymieszanie. Myślałam, że nie aż takie trudne. Myliłam się… Moment, w którym podjęto próbę otworzenia torebeczki porównałabym do mini eksplozji bomby atomowej. Nie wiem jak to dziewczynka zrobiła, ale wszystko było wokół białe… 😀

  2. Dzieciaczek ma dyżur w kuchni, więc jego kolej na zmywanie naczyń. Oznajmia mi, że nie potrafi „bo w domu to do pralki wrzucamy i samo się myje”. Domyślam się, że owa „pralka” jest zmywarką, ale nie daję za wygraną. Mówię, że w takim razie go nauczę. Pomijając fakt, że miałam całe spodnie mokre, gdy dzieciaczek „ogarniał zmywanie”, to większych strat nie było…

  3. I jeszcze jedna sytuacja – tak na podsumowanie.
    Kiedy dzieciaczek po raz 10 próbuje trafić rakietką w lotkę, a moja frustracja sięga zenitu, to nagle uświadamiam sobie, że… dorosły zrezygnowałby już przy drugiej próbie. A ten dzieciak, za każdym razem schyla się po lotkę, podrzuca ją, bierze zamach i uderza tak, że niemal się przewraca – oczywiście nie trafiwszy w lotkę. I robi tak, aż do momentu, w którym mu wyjdzie. A gdy wyjdzie, to jest zachwyt, bo w końcu trafił. A mnie szlag trafia, bo i owszem trafił, ale lotka poleciała tak, że nie miałam szans jej odbić. Więc zabawa zaczyna się od nowa…
    I tak stoję kilka metrów przed nim i staram się zachować spokój.
    Czasem w swojej łaskawości rzucam jakąś podpowiedź, a w przebłyskach wspaniałomyślności nawet podejdę do dzieciaczka i pokażę mu jak prawidłowo wykonać ruch, zrobimy kilka ćwiczeń pomocniczych i… Po kilku tygodniach, ku mojemu ogromnemu zaszokowaniu – potrafię odbić z tym dzieciakiem lotkę kilkanaście razy zanim nam spadnie! Sama nie wiem jak i kiedy!
    Dzieciaczek szaleje ze szczęścia, chce grać cały czas – co zrozumiałe. Ale ja mam pod opieką kilkunastu takich delikwentów, więc muszę tę swoją uwagę rozdzielać sprawiedliwie. A i tak nie dogodzę wszystkim.

I mogłabym te stoły powycierać sama, nie bawić się we wspólne robienie kisielu, czy zmywanie naczyń. Byłoby szybciej i mniej kłopotów przy tym. Równie dobrze mogłabym po drugiej nieudanej próbie stwierdzić, że dzieciaczek nie potrafi grać i przestać go uczyć.

Ale… zauważam jedną rzecz.

Mały dzieciak nie potrafi i nie umie, ale chce.
Duży dzieciak potrafi i umie, ale już nie chce…

Dzieciaczek w wieku wczesnoszkolnym – zaangażowany, otwarty na propozycje, ciekawy wszystkiego, bardzo pomocny, wszędzie go pełno.

Nastolatek – znudzony, niechętny, bojaźliwy, z niskim poczuciem własnej wartości, nie podejmujący inicjatyw, wręcz „zmęczony życiem”.

I tak się czasem zastanawiam – kiedy nam (dorosłym) udaje się to wszystko tak pięknie spieprzyć…?

————–
Znów uogólniłam – oczywiście nie każdy dzieciaczek jest tak pełen życia i nie każdy nastolatek jest tak wyzuty z życia 😉

 

FACEBOOK

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi