Kiedy Bóg gasi światło…

Cze 19

Listopad 2017. Dowiaduję się, że Sis jest w ciąży. Już dawno miałam w głowie, że jak się dowiem, to odmówię Nowennę Pompejańską z prośbą o zdrowie i szczęśliwe rozwiązanie dla Niej i Maluszka. Ale ciąża trwa przecież 9 miesięcy, miałam czas… 😉 Więc tak sobie zwlekałam -> „od jutra”.

Aż do stycznia. Bo w styczniu Bóg zgasił światło…

Zazwyczaj przed snem to ja gaszę światło w pokoju, klękam na łóżku i się modlę. Chyba zostałam tego nauczona w dzieciństwie, bo mam wrażenie, że robię tak od zawsze. Więc w styczniowe noce „procedura” była taka sama. Z tym, że coś nie dawało mi spokoju. Kątem oka widziałam, że za matowym szkłem w szafce coś świeci. Nie musiałam nawet sprawdzać – od razu miałam myśl – „To różaniec…”.

Będąc kilka(naście?) lat temu na wymianie szkolnej w Portugali, dostałam fluorescencyjny różaniec z Fatimy od Ines (dziewczyny, u której mieszkałam). Gdy się naświetlił (wystarczyło włączone światło w pokoju), to potem przez jakiś czas „świecił w ciemnościach”.

I pewnie działo się tak codziennie. Ale ja akurat dopiero wtedy zaczęłam to zauważać – każdej nocy, był moim „wyrzutem”, że jeszcze nie zaczęłam. Choć nie trwało to długo. Po jakiś 3 dniach odkąd zaczęłam zwracać na niego uwagę, dowiedziałam się, że jakieś wyniki nie są ok i istnieje duże ryzyko wrodzonych wad u Dziecka. GONG! Światło zgaszone – różaniec wzięty do ręki…

54 dni później…

Paradoksalnie Nowennę skończyłam odmawiać w swoje urodziny (nie wyliczałam tego – zaczynając, nie wiedziałam kiedy skończę), a tydzień później dowiedziałam się, że kolejne badania wykazały, że Maluszek jest zdrowy.

GONG! Tym razem Bóg zapalił mi światło. Bym zobaczyła, jak jest wielki…

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *